PIĄTY

Był już wcześniej w Paryżu kilka razy, więc nie musiał podziwiać wieży ani niczego innego wokół, zresztą miasto to nigdy nie robiło na nim takiego wrażenia. Choć jeszcze nie spadł śnieg, wszystko było już ozdobione i czekało na koniec miesiąca. Ludzie, jak zwykle o tej porze roku, zabiegani byli bardziej, neonowe szyldy sklepów i wystawy rabatowe zachęcały: wejdź tu, bo tylko tu znajdziesz wymarzony prezent na Gwiazdkę. 

Kurtis nigdy nie obchodził Gwiazdki, więc i nie czaił zbytnio, po co to wszystko.

Stał teraz z rękami w kieszeni praktycznie pod samą wieżą i rozglądał się. Informatorzy turystyczni już dwa razy zaczepili go, czy w czymś nie pomóc, bo wygląda na zagubionego, a może chciałby bilecik…

– Nie. 

– A może różyczki dla szanownej wybranki serca, jeśli na jakąś pan cze… – Miły człowiek z bukietem uśmiechał się zbyt szeroko.

Trent tylko przewrócił oczami. 

Co miałby odpowiedzieć? Że czeka, ale wcale nie na swoją i właściwie to nawet nie bardzo wie, jak wyglądała? A może nawet nie była jakoś wybitnie ładna, by trzeba było ją od razu witać kwiatami i kłaniać jej się do stóp od pierwszego wejrzenia?

Jego oczy podchwyciły spojrzenie takiej jednej blondynki, całkiem spoko, kręcącej się przy tablicach informacyjnych przy odnodze wieży brzydkiej jak noc. Gdy Kurtis nie opuścił wzroku, zrobiła to ona. Szybko, jakoś dziwnie nienaturalnie… a kiedy się poruszył, odwróciła się i kompletnie niepasująco do jej szczupłej, kobiecej sylwetki zrobiła w botkach na wysokim obcasie kilka szerokich kroków. Oddalała się, jakby przyspieszając do biegu. W tłumie łapał ją trochę czasu, widział, jak zmierzała szerokim chodnikiem wzdłuż ulicy w stronę wejścia na Pole Marsowe.

Instynkt kazał mu biec za nią. Nogi same zdały się ruszyć. 

Kobieta kilka razy odwróciła się za nim, prawie na kogoś wpadając. Trzymał dystans. Na pewno się bała, zresztą wiadomości, które czytał, świadczyły o tym aż zanadto. Czasami przystawał i obserwował, gdzie zmierzała; dopiero gdy skręciła w gęsty park za wysokimi żywopłotami, przyspieszył, by jej nie zgubić. 

Zobaczył ją między drzewami, opierała się o jedno, ciężko dysząc. A gdy był już dość blisko – chyba zbyt – znowu podjęła bieg i ruszyła w kierunku kamienic. Kiedy z jednej ktoś wychodził i otworzył jej drzwi, weszła natychmiast. 

Może to nie ona? 

Może niepotrzebnie straszył jakąś bidulkę? 

Gdy ten, co ją wpuścił, minął go, Kurtis odczekał dłuższy moment i podszedł. 

Stała za drzwiami drżąca i cała czerwona na twarzy. Chuchała w szybę, która zaszła parą, zdążył jednak przyjrzeć się jej na tyle, by uznać, że zasłużyłaby na bukiet róż. 

W końcu mu otworzyła. 

Nie wiedział, od czego zacząć. Dlaczego uciekasz? Nie bój się. Wszystko wydawało się głupie. Na szczęście nie musiał zaczynać.

– Ściany mają uszy – wyszeptała pomiędzy głębokimi oddechami.

Tylko kiwnął na to głową. 

– Przepraszam, nie wiedziałam, że przyjdziesz i nie miałam żadnego planu. To było nieodpowiednie, ale nie wiem, gdzie pójść. Mogą być wszędzie. 

– Kto? 

Zamrugała, uniosła brwi i rozchyliła wąskie, a nadal kuszące usta. 

– Jak to: kto? Nie jesteś od nich? 

Tym razem pokręcił głową. Poczuł silny uścisk na przedramieniu za kurtkę i, zanim zareagował, kobieta wciągnęła go do środka. 

– Nie możemy tu być za długo. Ale musimy coś sobie wyjaśnić. 

 

***

 

– Zatrzaśnij. 

Tak zrobił, gdy poprosiła, by już wyszedł. Nie rozmawiali długo; nie mogła? Czy też nie poczuła się zbyt pewnie w jego towarzystwie. Może mu nie ufała.

Może nie mogła mu ufać. 

Szedł teraz wzdłuż Sekwany, samochody mijały go, a on wpasował się w tłum. Schował ręce do kieszeni, lecz palce to zaciskał, to prostował, by pozbyć się ich chłodu. Robił to automatycznie, bo myślami wciąż nie wyszedł jeszcze z klatki schodowej.

Wiedział, że zobaczą się dopiero pod teatrem. Nawet nie musiał wyciągać biletów, by potwierdziła datę i godzinę. Dziś o ósmej wieczorem. Na papierosie pięć minut potem. Nie podchodź. Ja to zrobię. 

Gdy wyczuje moment… – pomyślał, przypominając sobie jej pewnie w innych okolicznościach raczej ciepły, a dość meldojny ton głosu, w którym teraz jednak gdzieś czaił się strach. Kurtis pamiętał, jak przełykała ślinę i łapała oddech; było w niej coś dziwnego. 

Coś, czego wciąż nie potrafił nazwać po imieniu. Podobnie jednak zachowywali się ludzie, którzy byli zbyt słabi, by dźwigać pewne ciężary. Poznał już takich w legionie, a jeden, ten w As-Salman, już po miesiącu strzelił sobie w łeb. Ostatnie, czego Kurtis teraz chciał, to widzieć zabrudzony jej płaszcz café au lait. Płaszcz Iriny. Kobiety z syndykatu. 

Nie bał się groźnych kobiet, zniesmaczały go, ale nim nie wstrząsały. Gdyby ta tutaj bardziej się postarała, by ukryć swoje lęki w głosie, i wcale nie usłyszałby drżenia strun głosowych, pewnie nawet by go nie ruszyła. Nie wiedział tylko, dlaczego tyle ukrywała. Udawany chłód nie zdradzał niczego. 

Kurtis szedł teraz przed siebie w zamyśleniu. Jej wskazówki były jasne, choć wybiórcze, a i tak udzieliła ich dopiero, gdy wyszeptał:

– Decaon nie żyje. – Ktoś go kropnął, nie, to nie przeszłoby mu przez gardło. Przełknął gorzką ślinę. – Ktoś go zastrzelił.

Kobieta przyjęła to wtedy bez krzty zaskoczenia, a na domiar złego pokiwała głową. Dostrzegał w niej smutek, który tłumiła, jakby nie mogła wypuścić go na zewnątrz, dać szczerze poznać. Widział go tylko w jej oczach, i tylko przez ułamek sekundy.

– To oni – usłyszał wtedy.

– Oni? 

– Po co tu jesteś? Mogłeś odpuścić, wcale nie musiałeś mi odpisywać… – szepnęła nerwowo.

Kurtis prychnął pod nosem. Niegrzecznie jest odpowiadać pytaniem na pytanie, ale dobrze, boisz się, punkt dla ciebie. Odpuszczę ci dziś, tylko powiedz, o co cho…

– Był moim przyjacielem. Ponadto pochodził ze… środowiska, któremu nie chciałbym, by groziło coś więcej. Niektórzy wciąż żyją, mają rodziny.

– Co to za środowisko? – zapytała, unosząc brew. – Nie, poczekaj, nie mamy na to czasu. Ich interesują tylko ważni, przydatni ludzie bez rodzin. Deacon był wystarczająco wpływowy, by go przyjąć. Miał dostęp do wielu przydatnych źródeł. Zastrzelili go, bo musiał przestać być im potrzebny. Mogli też podejrzewać, że opowiedział coś komuś za dużo. Powiedział tobie? 

– Ale o czym… – zaczął się irytować, aż wzruszył ramionami i pokręcił głową. – Kobieto, nie wiem nic. Nie wiem nic o nich i o tobie. 

– To może jeszcze trochę pożyjesz. – Cień uśmiechu przeszył jej twarz.

Kurtis parsknął na to, szczerze rozbawiony.

– Nic mi nie grozi i umiem o siebie zadbać. Na tyle, by nie ruszały mnie takie aluzje, nie wystraszysz mnie i nie zniechęcisz, jeśli o to ci chodzi. – Patrzył prosto w oczy, uśmiechając się półgębkiem. – Wszedłem mu do mieszkania i zabrałem laptopa. Zobaczyłem wiadomości i jestem tu. Najwyraźniej lubię wsadzać kij w mrowisko.

– Kurwa – a to było rozpaczliwe; kobieta natychmiast ukryła usta w dłoniach, zadrżała niebezpiecznie. – On ci tego nie zostawił. Sam to znalazłeś – docierało do niej z przerażeniem. – Jeśli ty mogłeś tak po prostu tam wejść i zobaczyć te wiadomości, to mógł każdy. Każdy mógł… – urwała. W jej oczach ledwo zaszkliły się łzy. Zamknęła je i ścisnęła palcami nasadę nosa. Przetarła kąciki; oddychała miarowo.

– Spokojnie… – Kurtis nagle poczuł, że chciałby ją tak po prostu przytulić, ale pozwolił sobie tylko na tyle, by chłodną dłonią dotknąć jej ramienia. – Nic ci nie grozi. Zaufaj mi – wyszeptał, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało po trzech i pół minuty znajomości rozpoczętej w półciemnej klatce schodowej. – Jestem tu, żeby ci pomóc.

Spojrzała na niego krytycznie.

– Nie pomożesz mi. Mogę być następna. – Zaraz pokręciła głową. – Albo mogę nie być następna, następny może być ktokolwiek. Ktokolwiek z nich. Nie uratujesz wszystkich, niektórzy zresztą nie chcą stamtąd wyjść. To bilet tylko w jedną stronę, yyy… – zawahała się, patrząc mu w oczy.

– Louis. – Podał jej dłoń.

– Louisie, nie ryzykuj, jeśli naprawdę nie musisz. 

– A jeśli chcę…?

– A jeśli chcesz, znajdziesz mnie w teatrze. – To wtedy powiedziała o papierosie i wyznaczyła godzinę. Nie pożegnała się, odwróciła po prostu, jakby nigdy nic wchodząc na półpiętro. Zajrzała do torebki, udając, że szuka kluczy, chociaż Kurtis był pewien, że nie mieszkała tu. Ktoś taki jak ona ze środowiska takiego jak oni nie zaprowadziłby go pod dom.

– Po co to wszystko? – zapytał jeszcze ni stąd, ni zowąd. Ta rozmowa wydawała mu się coraz dziwniejsza i nie miał pojęcia, dokąd prowadziła. – Po co ten teatr?

– Potem jest spotkanie. Organizują takie co jakiś czas w różnych miejscach. Nie dasz rady tam wejść, ale… ale może… – jej oczy zalśniły, gdy twarz rozświeliło światło docierające z okienka na półpiętrze – może mógłbyś mi pomóc wyjść. Jestem Irina – uśmiechnęła się krótko. – Zatrzaśnij za sobą.

Do tej pory nie rozumiał, o czym mówiła. Nie podała żadnych nazw własnych, imion, nazwisk, nie wiedział więc, czego szukać. O, właśnie. Przypomniał coś sobie, więc zatrzymał się i wyciągnął z plecaka laptop. Z niechęcią trzasnął nim z całej siły o stalową barierkę mostu, a kilka osób spojrzało na niego jak na wariata. Klawisze posypały się mu pod nogi, stopą zsunął je do wody; ekran pękł, a Kurtis odwrócił urządzenie i dostał się do dysku twardego. Schował go do kieszeni, resztę – wyrzucił ot tak do rzeki. Przeszedł kawałek dalej, zamachnął się i wyrzucił też dysk. 

– Mogłem tam po prostu wejść i to zobaczyć – mruknął, przypominając sobie słowa Iriny. – Teraz nie zobaczy tego już nikt. – Odsunął rękaw i spojrzał na zegarek. Zostało mu mało czasu, by się przygotować, więc skierował się w stronę jednego z centrum handlowych. 

Jeśli garnitur – to tylko czarny smoking na białej koszuli i z wystającymi mankietami.

 

***

 

 Powietrze było gęste i pachniało ciężkimi perfumami. Mogłaby tu zemdleć albo się udusić, gdyby nie doświadczenie wyniesione z tych wszystkich wysokobudżetowych imprez zawodowych, kongresów i konferencji. Kobiety w teatrze pachniały tak samo jak kobiety na sympozjum National Geographic.

Lara uśmiechała się do nich racjonalnie, wygładzając długą czarną suknię do kostek, ale bez szaleństw. Winston wiedział, co dla niej dobre.

Ruszyła powoli i wcale nie dlatego, że nie była mistrzynią obcasów. Też coś! Była mistrzynią wszystkiego, walczyła z Nefilim, do jasnej, a miałyby powstrzymać ją takie szczudła? Na szczęście nie można było tu biegać. Zatrzymała się na moment i najbardziej gustownie, jak potrafiła, zerknęła na bilet. Miejsce było numerowane, a zbliżał się pierwszy dzwonek; Lara wyliczyła, że w tempie, które wybrała – oczywiście nie z powodu butów – powinna się zmieścić w kwadransie akademickim.

Uniosła nonszalancko głowę i, zanim zrobiła pierwszy krok, rozejrzała się. Przewagę w teatrze, wbrew pozorom, stanowili mężczyźni. Gdy minęła przyjemny, kamienny hol i udała się w stronę sali, zauważyła przed drugimi drzwiami kolejnych mężczyzn, ale znacznie bardziej postawnych. Szerokich w barkach pod marynarkami szytymi na miarę; to jej wystarczyło, by wiedzieć. 

L’art pour l’art, huh? – pomyślała i uśmiechnęła się do siebie. – Tyle że nie.

Rzuciła okiem w stronę palarni. I tam znajdowało się wprawdzie kilka kobiet, gros ładnych blondynek w dopasowanych kreacjach i błyszczącej biżuterii. Nie rozmawiały ze sobą, a jeśli już, to szczątkowo; nie patrzyły na siebie, a jeśli już – to nieszczerze. Część panów czekała przed wejściem, niektórzy, ci szersi, w rozkroku.

Sala tymczasem powoli się zapełniała. Lara mijała grupki ludzi jeszcze stojących i oszczędnie ekscytujących się wydarzeniem. Nie wątpiła już. Może i część widzów stanowili przypadkowi ludzie tacy jak ona, ale znacząca większość będzie bawić się na zamkniętym afterparty, czego dopilnuje wszędobylska ochrona. 

Ilu przyszło na „Krzesła” dla „Krzeseł” – Lara nie wiedziała.


***


Czekał, ale ona milczała. Nawet na niego nie patrzyła, więc też nie narzucał się wzrokiem. Miała krwistą suknię aż do ziemi i równie odważną szminkę; proste blond włosy opadały taflą na plecy. Pachniała Kenzo. Z czarnej kopertówki wyciągnęła paczkę cienkich papierosów, zgrabnie wysunęła jeden z nich. Dopiero wtedy podeszła do Kurtisa.

– Ma pan może… – uśmiechnęła się lekko. 

Podał jej zapalniczkę, nie, odpali…, nagle zobaczył jej chłodny wzrok. Po prostu podał. Gdy ich palce się spotkały, poczuł, że coś zręcznie wędruje do jego dłoni. Karteczka kusiła, by na nią zerknąć, lecz powstrzymał tę chęć i schował rękę do kieszeni. Tam uchylił wieczko paczki swoich papierosów, a gdy Irina oddawała mu zapalniczkę – znów wyjął dłoń, tym razem wraz z kartonikiem. Uchylając wieczko, miał mało czasu. Wyciągnął papieros; spojrzał tylko raz. 

„Czy chciałaby Pani…?”

Zamknął kartonik i schował go do kieszeni. Odpalił swojego papierosa, zaciągnął się przyjemnie, biorąc dla siebie tych kilka niepozornych sekund. Nie wiedział, w co pogrywała, lecz wiedział już, że polubił tę grę.

W to mi graj…

– Czy zechciałaby pani…? – zapytał ni stąd, ni zowąd, gdy wypuścił już dym. 

– Tak? – Spojrzała na niego miło, z zainteresowaniem. Subtelnym ruchem strzepała popiół do kryształowej popielnicy stojącej na środku jednego z wysokich stolików.

– Otóż moja partnerka nie mogła dziś się zjawić, mam więc, że tak powiem, wolne miejsce przy sobie. – Zwolnij, stary, uśmiechnij się, no już. Zero presji, zero agresji. – Byłoby mi szalenie miło, gdyby zechciała pani towarzyszyć mi w czasie spektaklu. To dobre miejsce, piąty rząd. – Oparł przedramiona o blat i również strzepnął popiół; pełen luz… – Podobno to właśnie tam siada zwykle reżyser w czasie prób. Nie chciałbym, by zostało puste. Niezmierną przyjemność sprawiłoby mi, gdyby ktoś mógł z niego skorzystać.

Irina zaciągnęła się i wypuściła dym z ust prosto w jego stronę. Było w tym coś zaczepnego i sexy. Jakby poznał właśnie zupełnie inną kobietę… Jakby pierwszy raz zobaczył ją właśnie dziś. Już nie było w niej ani krzty strachu, ni niepewności. Nie mógł przestać zastanawiać się nad tym, która Irina była tą prawdziwą. Zgasił papierosa, przeczuwając, co zaraz nastąpi.

Nie pomylił się.

– To bardzo miłe z pana strony. – Uniosła kąciki wąskich ust. – Myślę, że nic się nie stanie – zdawała się to podkreślić – jeśli skorzystam. Mam na imię Irina. – Powabnie podała mu rękę.

– Louis. – Nie ucałował jej, lecz zamknął tak kruchą dłoń między swoimi i ścisnął serdecznie. Zdziwił się, że przedstawiła się swoim imieniem, choć gdy usłyszał nieswoje ze swych ust… Kto wie, czy wobec siebie byli tak samo szczerzy…?

– Chodźmy więc – powiedziała po chwili, gasząc papierosa w popielnicy, a następnie poprawiając torebkę. 

Kurtis miał wrażenie, że straciła nieco na pewności siebie, lecz gdy uchylił przed nią szklane drzwi i wreszcie mógł odetchnąć pełną piersią, ruszyła przed nim zmysłowo, urokliwie. Gdy go wyminęła, otwarcie zaciągnął się jej powietrzem. Nadal pachniała Kenzo. 

A aby nie tłumaczyć się z otwartych ust, niezręcznie dodał:

– Panie przodem.


***


Uśmiechnęła się do niego mimochodem. Próbowała się rozluźnić, choć nie potrafiła. Zbyt wiele ryzykowała – życiem swoim i Louisa Jensensa. Jeśli komuś z nich zaczną przeszkadzać jej decyzje, być może jeszcze dziś… Nie, nie mogła tak myśleć. Ale, ale przecież to tylko zwykłe miejsce na bilecie, do cholery! Toż musiała móc mieć swoje zdanie, musiała czasem móc zachować się jak normalna osoba; czy naprawdę wymagano od niej aż tyle, by odmawiała sobie tych drobnych, ludzkich przyjemności, trochę socjalizacji społecznej, obcowania z kulturą? Już do nikogo nie mogła się odezwać, być serdeczną i miłą? Praca wymagała od niej gry. To przecież grała w nią, kurwa mać!

Spojrzała na Louisa, odpowiedział jej lekkim uśmiechem. Przełknęła ślinę, gdy podał jej ramię, by wspólnie przeszli tych kilka stopni. Chwyciła ostrożnie za brzegi sukienki i lekko je uniosła. 

– Drżysz – zauważył półszeptem, już na nią nie patrząc. 

Nie odpowiedziała. Weszli do wielkiej sali wpierw przez solidne dwuskrzydłowe drzwi, następnie – przez ciężkie kotary. Louis zręcznie odsunął je przed nią. Poczekała. Pozwoliła grać mu dżentelmena, a może naprawdę nim był – nie miała pojęcia. Nie chciała wiedzieć, chciała tylko, by…

Może pomógłbyś mi stąd wyjść. – Czy zobaczył to w jej oczach, gdy siedzieli już, nim światła przygasły?

Powiedz, Louisie, że tak.

– Nie bój się. Już nie musisz się bać – wyszeptał. 

Nie uwierzyła mu. Nie uwierzyła w pierwszej chwili ani w kolejnej, gdy trzeci dzwonek zapowiedział pierwszy akt, aż wreszcie zapadła cisza. 

Wraz z nią na sercu Iriny zapadł dotkliwy ciężar. Ciężar sumienia tłoczący się i druzgocący nadzieję jak stabilny mur roztrzaskany ciężkim młotem.


***


Światła zgasły i znaczenia nabrało wszystko, co stało się potem. W każdym ruch Starego i Starej było coś dramatycznego, ale jednak niewyegzaltowanego. Gra cieni, jaką tworzyli światłem wpadającym przez okno, nosiła w sobie okruch smutku. Ich twarze – pomarszone i zbyt wydatne – zadawały się nie być jedynie maską założoną na potrzebę tej jednej sceny. A co w sumie dziwnego w tym, że stare postaci tak dobrze odgrywali aktorzy nie pierwszej młodości? Czy wraz z upływem lat nie przeżyli oni własnych tragedii?

Ta myśl towarzyszyła Larze nawet w czasie przerwy. Po chwili Croft zganiła się za to i dyskretnie omiotła wzrokiem salę. Część gości pozostała na swoich miejscach; towarzyszyły im zdawkowe rozmowy i jeszcze rzadsze uśmiechy. Wśród nich znalazło się oczywiście kilka szczerych; Lara nie mogła wykluczyć, że w momencie trwania spektaklu sama mogła do nich należeć. Ludzie często właśnie tak reagowali na sztukę.

Wielu wyszło na zewnątrz, ale gdy zabrzmiał kolejny dzwonek, wszyscy powrócili na swoje miejsca. Sala była pełna, co nie uszło uwadze Lary; kobieta zdążyła zanotować w myślach, by po popwrocie zweryfikować, jak często w Théâtre de la Ville grano „Krzesła” w tej obsadzie. Jeśli nie był to ewenement na skalę Paryża, liczba zajętych miejsc znacząco powinna spaść. 

Afterparty

Od tej pory próbowała nieco bardziej skupić się nie na tym, co działo się na deskach, ale gdzieś z tyłu głowy cichy głos podpowiadał jej, że nie warto. Całkowicie uciszyła go dopiero pod koniec. Sceny epilogu wolałaby nie oglądać wcale.

– Życie ludzkie to nonsens. Wiesz o tym, moja droga, że świat do niczego nie prowadzi. Niczego nie zapamięta.

– I nikt nikomu nic nigdy nie wyjaśni.

Zanim się obejrzała, Stary zabrał jedno z obu krzeseł i postawił je pod oknem. Szarpnął Starą za rękę, by stanęła na parapecie. Zanim zeskoczyła, zbyt łzawym wzrokiem obejrzała się za siebie; Larze towarzyszyło wrażenie, że akurat to na niej Stara zawiesiła wzrok. Gdy skoczyła, po sali rozniósł się szum morza i słabnący, kobiecy krzyk. Urwany trzaskiem.

Ostry, nagły wiatr rozwiał ciężkie firany tuż po tym, gdy Stary wyskoczył też. Kiedy się uspokoiły, kurtyna opadła. W gromkich, wielu na stojąco bitych brawach aktorzy powrócili na scenę, a pożegnanie ich trwało jeszcze przez moment.

Croft siedziała jednak nieruchomo, wpatrzona się w kurtynę. Zmarszczyła brwi. 

Nieważne, jakie dramaty przeszliście. Wasz autor był głupcem.

Gdy dostrzegła, jak wstający przed nią mężczyzna przykładała do ucha dłoń, a niewyraźnie wymawiane słowa wypadają z jego ust – zabrała się za robotę.

CZWARTY

 

Ledwo skończył jedną fajkę, a już odpalał kolejną. Kiepował do popielniczki, patrząc tępo w ekran. Czego szukał? Co miał sprawdzić? Pustka była niemiłosierna, skupić – zdawało się niemożliwe. Poza tym nie oszukiwał się. Ledwo włączył to gówno, nie miał pojęcia, jak działa. Ostatnie kilka lat spędził na inicjacji w zakonie, potem w legionie, później jako najmita w Kabale. Nigdy nie miał swojego laptopa, przeszukać kilka folderów na pulpicie – to był, kurwa, szczyt szczytów. 

Siedział więc i patrzył, zrezygnowany, kiepując na czuja, tylko czasem trafiając, więc całkiem sporo popiołu leżało już wokół popiołki. Kurtis ocknął się dopiero, gdy ktoś stanął obok i rzucił na niego cień. Trent spojrzał w lewo i uśmiechnął się jakby automatycznie. 

— Dolać może kawy? — zapytała jakaś całkiem ładna, z dzbankiem. 

— Chętnie, dziękuję. — Poczuł suchość w ustach, więc szybko przełknął ślinę. 

Dziewczyna pochyliła się nad nim elegancko, nie przestając się uśmiechać. 

— Podać coś jeszcze, tak żeby… milej się pracowało? — Chyba dobierała słowa. Jakie, kurwa, pracowało? Kurtis powiódł za jej wzrokiem i oboje spoglądali na ekran. 

— Nie, dzięki. 

Miał dziwne wrażenie, że posmutniała. Gdy odmruknęła coś na styl ach, rozumiem, w wyobraźni tylko przewrócił oczami. To była kpina losu – mieć tak ładną buźkę i w dupie nastrojowość. 

 

*** 

 

Dante oświadczył pełną gotowość. Poczuli lekki wstrząs, gdy odrywali się od ziemi. 

– Wiesz, że robię to tylko i wyłącznie dla Winstona? 

Wcale nie musiał tego mówić. Widziała już wcześniej jego wyraz twarzy, kiedy wchodziła na pokład. Do teraz się nie zmienił; wzruszyła ramionami. 

– Przykro mi – usłyszała i uniosła brew. 

Co odpowiadało się w takiej chwili? Była słaba w te klocki. Najlepiej chyba nie było mówić nic – przyjąć kondolencje dokładnie tak samo jak na każdym innym pogrzebie. Gdy tak o tym myślała… tylko po śmierci Wernera nie usłyszała niczego w podobie. Jak mogłaby, skoro wcale nie pojechała na tamten pogrzeb? Na ten od Shu też zresztą nie miała zamiaru; ostatni, na którym była, to ten ojca. Kolejny – będzie pewnie Winstona. 

Nie, tak myśleć nie wolno. 

Zresztą, robiąc szybki rachunek sumienia, Lara doszła do prostego wniosku. Prawie jak pewniak, że właśnie ona odpadnie pierwsza. Przy takim stylu życia i tym, że jakoś dziwnie przestało jej zależeć... 

– Wiem, że nie do Londynu. W takim razie dokąd? – Leydon nie odrywał wzroku od panelu kontrolnego. 

Lara uśmiechnęła się pod nosem. Znał ją na wylot; pewnie wiedział już, co się święci. Przyglądała mu się z ukosa – tej jego pucołowatej, zarumienionej twarzy, z której wynikało tylko skupienie. 

– Jeszcze nie wiem. Potrzebuję punktu zaczepienia. 

Dante puścił drążek, włączył przycisk autopilota. Wyprostował plecy, po czym ułożył się wygodniej w fotelu. Sięgnął ręką do plecaka i za moment rzucił Larze palmtopa. Nie odpowiedziała. 

– No to Paryż. – A gdy spojrzała na niego zdziwiona, uruchamiając sprzęt, dodał: – Pozdrowienia od Alistera. 

 

*** 

 

Kamera. Kurtis przejechał po niej palcem i wzdrygnął się. A jeśli ktoś wiedział, że zabrał laptopa, i go teraz podglądał? Nie podobała mu się ta wizja; w ogóle technologia, przyrost narzędzi, rozwój trochę go przerażały, działy się gdzieś daleko, jakby obok legionu i obok zakonu. Ledwo początek dwudziestego pierwszego wieku, a już okazało się, że oto laptopy, jakieś bluetoothy, WI-FI – wszystko naraz. Poza tym a co, jeśli ten szmelc dałoby się namierzyć i wyszłoby, że ktoś zajebał go z mieszkania denata i do tego szabrownik pojawił się wraz z nim na dworcu? Ta myśl była jak natrętna mucha, którą trudno jakkolwiek odgonić. 

Gdyby istniał portal, jakaś strona, która kolekcjonowałaby wszystkich ludzi i pokazywałaby ich koneksje z innymi, Kurtis mógłby tam wejść i sprawdzić, czy Deacon miał znajomych, którzy mieliby znajomych... Może miałby tam zdjęcia – swoje i kogoś, z kim miał się wybrać do teatru. Trent jednak natychmiast wycofał się z tej myśli. 

To nie wchodziło w grę. Deacon był synem Vladimira, członkiem Lux Veritatis. Nie pasował do świata, nie pasował do technologii. Choć, z drugiej strony, jakby do końca próbował się wyrwać i udawać, że przeszłość nie ciągnęła się za nim jak pies. 

Kurtis dopił kawę i przyuważył, że w rogu ekranu coś się zaświeciło; ot, jakiś zielony kwiatek. Najechał na niego kursorem, zobaczył napis: ICQ, kliknął w niego dwukrotnie myszką i nagle na środku ekranu rozsunęła mu się cała lista rozmowy. Prawie się zakrztusił. Jak w transie przescrollował okienko. Czytał na wyrywki, nie wszystko rozumiał. Nie było dużo wiadomości, widać, że niektóre usuwały się po jakimś czasie, inne zostały o pogodzie, te bezsensownie banalne, wydające się wyrwane z kontekstu.

 

Wiem, gdzie cię szukać. Mam swoje sposoby. ;) 


 

Czy tym razem napisałam coś nie tak?

Widziałam potwierdzenie odbioru.

Martwisz mnie.


 

Zrobiło mu się niedobrze. Bardziej niż wtedy, kiedy grzebał w aucie pod siedzeniem. Kim była Irina? Co dokładnie oferowała i… czemu potrzebowała pomocy? 

 

Serio, błagam, przyjedź. 

Przyjedź na to pieprzone show! Wiem, że dostałeś bilety. 

Odbierz, kurwa. 

Deac, oni nas zabiją. 

 

Położył drżące palce na klawiaturze i, patrząc na nią, powoli wystukał odpowiedź: 

Spotkamy się pod wieżą. 

 

Wcisnął enter, a po chwili konsternacji dopisał:

Nie jestem nim, ale ci pomogę.

 

Na komunikatorze zamigało przypomnienie: 

Czat szyfrowany, wiadomość odczytana, usunie się za:

Czy chcesz zmienić ustawienia?

TAK                                               NIE

 

Wcisnął NIE i przełknął ślinę, spoglądając niepewnie w kamerkę. 

 

*** 

 

Chyba wolała czasy, kiedy siedziała w Newport, udając zwykłą kelnerkę. Na myśl o noszeniu piwa i wsłuchiwaniu się w jakieś banalne rozmowy przez ułamek sekundy miała ochotę się uśmiechnąć, ale szybko jej przeszło. 

Była martwa. Martwi się nie uśmiechają. 

Była tak samo martwa jak Deacon, tylko że ona jeszcze w czasie przyszłym. Jeszcze chwilę i ktoś odstrzeli ją tak samo. To znaczy… nie wiedziała, jak zmarł. Wiedziała jednak, że nie odpisywał wystarczająco za długo. Tyle wystarczyło.

Musiał być martwy. 

Irina – choć to nowe imię jakoś jej do siebie nie pasowało – siedziała w głębokim fotelu wynajętego pokoju i z kolanami pod brodą, skulona czekała, aż ktoś zapuka. Czekała w zupełnej ciemności, oddychając miarowo i raz po raz skubiąc to, co zostało z jej niegdyś długich i czerwonych paznokci. Nie podchodziła do okna, nie włączała laptopa, nie czuła głodu ani nic innego. Po prostu… czekała. Poplątane blond włosy opadały na nagie ramiona i piersi; nie było jej zimno. Może najwyższy czas przyzwyczaić się do zimna. I do robaków, chociaż, co by nie mówić o tej zatęchłej dziurze, nie wyglądała na robaczywą. Stara francuska kamienica nie prezentowała może stylu nowoczesnego, ale klasyczny motelowy – z odrapanymi ścianami i zepsutą słuchawką prysznicową. To nie miało znaczenia. 

Światła dobiegające z Rue de Rivoli wpadały do pomieszczenia, lekko je oświetlając. Nie była to główna ulica, ale jedna z ruchliwszych, prowadząca przez ogrody Tuileries do Luwru i dalej, wzdłuż, do Théâtre de la Ville, którego dach Irina mogła zobaczyć z wysokiego okna. Ostatnie promienie zachodzącego słońca i światło wielu latarni wpadały więc do kamienicy jasne na tyle, by Irina mogła wbić wzrok w wiszącą na drzwiach łazienki krwistoczerwoną suknię do ziemi, z odcięciem w talii i głębokim dekoltem. Jeśli dożyje jutra, musi go czymś uzupełnić. Zwykle to Deacon przywoził jej biżuterię i zwykle droższą, niż wyglądał, by było go na nią stać, nie pytała jednak. Do syndykatu nie trafiali ludzie z łapanki. Z nią też tak nie było; nikt nie przyszedł do niej i nie powiedział: „ty, śliczna kobieto, od dziś będziesz dla nas pracować”. To znaczy, zrobili tak – pamiętała dobrze mężczyznę w garniturze – ale wpierw prześwietlili ją od stóp do głów, upewnili się, co potrafi i jakie ma\ znajomości, i że Deacona serio lubi i że się przyda.

Oraz że nie ma nic do stracenia. 

Rzadko o tym z nim rozmawiała. Jakiś wewnętrzny opór powstrzymywał ich przed tym, by mówić luźno o pracy i organizacji, i zdradzać sobie swoje plany – nawet gdy tych kilka razy zostawali zupełnie sami, starając się zniknąć z wszystkich oczu i kamer. Nigdy jednak nie masz tak do końca pewności; przed syndykatem trudno uciec czy się schować, ale może po prostu ani ona, ani Deac, nigdy nie dali im powodu, by stracono do nich zaufanie. Dlaczego więc, psia mać, Deacon jej nie odpisywał! 

Na pewno wiedzieli, że zdradził. 

Na pewno go skasowali.

Schowała twarz w chłodnych dłoniach i przetarła nimi oczy. Nie żył już. To było jedyne logiczne rozwiązanie. Tylko jak do tego doszli, po czym poznali? Był taki ostrożny, że teraz wyjątkowo cieszyła się, że nie zdradził jej całego planu. Na wariografie nie skłamałaby; może to ta mała pieprzona szansa, by przeżyć, światełko w tunelu, nie byłam z nim przecież tak blisko, więc nic nie wiedziałam, przysięgam, nie miałam pojęcia i nie obchodzi mnie to.

Naprawdę.

Irina znów spojrzała na sukienkę. Dziwnie będzie wybrać się jutro tam samej. Tradycyjnie, po spektaklu, spotkanie koktajlowe spędzi miło. Ale Irina też dobrze wiedziała, że to wszystko to tylko pozory. Spotkanie było obowiązkowe dla wszystkich członków organizacji – by się pokazać szefostwu i pouśmiechać, stworzyć wrażenie wspólnoty, pracy nad jednym wspólnym celem. Ale pomiędzy kolejnymi drinkami i uśmiechami poczuje znów ich wzrok na rękach. Deacon wyszeptałby w tańcu:

„Nie ufaj im”. 

I gdy zamruczała pod nosem, i pokręciła głową, że nie zaufa, ale że to przeżyje i że nie da się sprowokować, nie zrobi nic głupiego i że jutro jak każdy przysięgnie wierność… W szufladzie szafki nocnej zawibrował telefon. 

Ten drugi, podobno strzeżony. 

W pierwszej chwili Irina chciała się zerwać na równe nogi; serce załomotało jej w piersi. Ale powoli opuściła stopy na chłodne kafle i tempem spacerowym podeszła do łóżka. Po drodze zatrzymała się przy dużym oknie wychodzącym na aleję, stanęła w nim i rozchyliła usta. Dłoń oparła na piersi i koniuszkami palców zaczepiła sutek.

Druga wibracja.

Uśmiechając się w rozkoszy, niespiesznie dotykała się i obserwowała miasto, aż wreszcie, prawie że wierząc w bezwiedną wilgoć między nogami, zmysłowym ruchem zasłoniła szybę ciężką firaną. Dopiero wtedy odetchnęła męcząco, usiadła na łóżku i wysunęła szufladę, z której wyciągnęła telefon. 

Na wąskim, czarno-białym ekranie, widniało logo kwiatuszka. 

ICQ: Masz dwie nieodebrane wiadomości. 

Zanim je odebrała, dwa razy przyszło jej do głowy, że to pułapka. Zabili go i znaleźli komunikator. Ale… poza ostatnimi wszystkie regularnie się kasowały. Co u ciebie, a co u mnie, ładną dziś mamy w Czechach pogodę, a tu, w Paryżu, nigdy się nie zasypia, nigdy nie zasnąłbym przy tobie. Może wiedzieli od dawna i pomyśleli, że był w tym jakiś kod? Że dwoje kochanków pod niewinnym flirtem zdradza sobie jakieś wielkie tajemnice. 

Irina nacisnęła guzik i przeczytała wiadomość. 

Tajemnice Kabały były zbyt dobrze strzeżone, by dwoje ludzi mogło cokolwiek.

 

***

 

 Gdy wysiadała, miała dziwne wrażenie, że zwykle bardziej się ciągło. Czy Dante wybitnie spieszył się, by już ją wysadzić? A może po prostu tak bardzo wczuła się w rolę Alistera, by zrozumieć jego tok myślenia, że nawet nie zauważyła kiedy, a lądowali już na Issy-les-Moulineaux Heliport, zaledwie pięć kilometrów od centrum Paryża. Do spektaklu miała niecałe dwadzieścia cztery godziny; wystarczająco, by znaleźć nocleg i rozejrzeć się, a, przede wszystkim, by pojąć, jakim cudem Fletcher wpadł na to, że sprawa dotycząca Shu Mei nieodłącznie wiązała się z wystawianiem „Krzeseł” w Théâtre de la Ville. Tym bardziej że przecież Lara nie miała biletów. Postanowiła już teraz dostać się więc taksówką na Rue de Rivoli. Stamtąd bezpośrednio do teatru, do kasy biletowej. 

– Powodzenia – usłyszała od Dantego, który wysiadł, by rozprostować nogi i zameldować swój przylot u mężczyzny, który właśnie podchodził z dokumentami. Chociaż w radiostacji meldował się już wcześniej, papierologia dotycząca śmigłowców i prywatnych lądowisk okazała się znaczenie bardziej skomplikowana, niż Lara podejrzewała. Kiedyś ciągnęło ją, by zrobić licencję, ale ostatecznie, gdy już miała to w planach i nawet chciała podjąć praktyki, Werner zabrał ją do Egiptu.

Egipt.

– Dzięki – odpowiedziała w ostatniej chwili, właściwie idąc już do bramek prowadzących na postój takstówek i busów. Poprawiła plecak na ramieniu, myśląc o tym, że tym razem będzie musiała zapłacić Dantemu więcej. Nie uśmiechnęła się ani nie przytuliła go na pożegnanie; za bardzo przyzwyczaiła się do wygód i tego, by wysługiwać się nim, a przecież był jej przyjacielem, prawda? 

Zastanowiła się nad tym słowem. 

Nie, chyba po prostu znajomym. Albo nawet i zleceniobiorcą, którego zatrudniała najwyraźniej bez umowy. A może nawet tyle i nie. Może zatrudniał go Alister. Z przyjaciółmi przecież raczej naturalnie się żegna i wita, wymienia się pewnie więcej niż trzy zdania na krzyż. W takim razie Lara miała przyjaciół w życiu aż trzech, licząc kamerdynera. 

Patrząc na to, co przeżyła ostatnio i w jakie bagno wpakował ją Werner, umierając na jej rękach, dobrze, że miała chociaż tylu. Normalnie ludzi się od niej odwracali, nawet jeśli oficjalnie oczyszczono ją już z zarzutów morderstwa. Tyle dobrze, że przy bramce wystarczyło pokazać dowód ze zgodą na opuszczanie miejsca zamieszkania, a przynajmniej aneks do papieru, który wcześniej tego surowo zabraniał.

– Witamy w Paryżu, pani Croft.

Kiwnęła głową, a gość przepuścił ją w bramce. Na niego też nie spojrzała. Trochę jednak dziwne, że pod tym względem w jej mniemaniu prawdopodobnie nie mógł różnić się od Dantego. Dantego, który kiedyś w sumie…

Daj spokój, dużo przeszłaś, wszystko ci wybaczą. 

Zresztą nie odwróciła się, więc skąd miała mieć pewność, że Dantemu zrobiło się jakkolwiek przykro? Że spojrzał na nią z jakimkolwiek wyrzutem; a nawet jeśli – obecnie miała to w dupie. 

Prędzej czy później oboje umrą, a świat będzie nadal się kręcił. Paryż – nie zginie nigdy. 

Zaciągnęła się obrzydliwie zatęchłym powietrzem miasta, którego szczerze nienawidziła. Przeszedł ją grudniowy ziąb, więc szybko wybrała pierwszą lepszą taksówkę. Do teatru, tak, do tego, mam tylko funty, świetnie. Nie, nie musimy jechać obok Panteonu i Notre Dame, znam to miasto aż za dobrze. 

Aż do zrzygania. 

I nadal nie wiedziała, czemu akurat ambasadorka Chin Shu Mei miała obejrzeć „Krzesła” akurat w Théâtre de la Ville, akurat mając przy sobie tylko zdjęcie Lary, akurat tu umierając. Tu, niedaleko lotniska, w drodze do ambasady. 

– Wie pan co? – powiedziała jakby automatycznie. – A obok oddziału chińskiego ambasady? 

– Ambasady są przy Rue Washington. To będzie plus dwadzieścia minut drogi. 

Lara kiwnęła głową, a mężczyzna zawrócił na rondzie. 

Bez sensu; dobrze wiedziała, że nie znajdzie nic po drodze ani nawet pewnie nic nie zobaczy już o tej porze. Ale świadomość, że może chociaż minie to miejsce – dziwnie tkwiła w głowie. Ciężar tego Croft zdawała się czuć gdzieś między żebrami, objawiło się nieprzyjemnym ukłuciem, które zaraz zniknęło, pozostawiając bicie serca samo sobie.